wtorek, 13 lipca 2010

Warmia i Mazury w 48h

Na początek... szybkie zwiedzanie a jakość poznania danego regionu. Jest wielu zwolenników i przeciwników stylu zwiedzania a tym samym podróżowania zwanego potocznie "w 48h" lub wersja jeszcze bardziej kontrowersyjna "w 24h". I nie rozbiega się tu o miejsca w których taka ilość godzin jest wystarczająca na zwiedzanie bez pośpiechu i morderczego tempa podróży. Jednak wybór takich "szybkich opcji" może jednak ma swoje plusy? Czasem bywa tak, że mam do wyboru dwie opcje: zwiedzam dużo jednak nie poświęcam danemu miejscu kilku godzin a jedynie minimum czasu w jaki da się je zobaczyć lub opcja druga - zwiedzam sporo mniej miejsc i atrakcji turystycznych jednak skupiam swoją uwagę na kilku ciekawszych i to im poświęcam dość czasu. Gdy wiem, że szybko nie powrócę w dane strony wybieram oczywiście opcję pierwszą - szybkie zwiedzanie. Bo skoro jestem młoda, zdrowa a takie pojęcie jak "zmęczenie" w tym wypadku jest mi obce, to czemu nie korzystać z życia i zobaczyć świata ile się tylko da? Przypadek chciał, że ostatnimi czasy znalazłam się całkowicie nieplanowanie na Mazurach. I choć zwiedzałam je dosłownie "z zegarkiem w ręku" to wcale nie musiałam biegać od miejsca do miejsca i zwiedzać jedynie charakterystyczne punkty na spontanicznie zaplanowanej trasie. Poznałam smak miejscowej kuchni, zaułki sennych miasteczek, zapomniane pola namiotowe i mentalność tamtejszych mieszkańców. O dziwo zdążyłam nawet zacząć się nudzić! :D

Jeszcze po trasie dojeżdżając do mojego celu podróży - Szczytna - odniosłam wrażenie, że czas płynie tam zupełnie wolniej. Być może to ciągnące się nieskończenie pola i brak większych miejscowości po drodze. Dobijał mnie też fakt, iż przeważnie krajobraz jest monotonnie płaski. Widocznie jestem przyzwyczajona do pagórkowatego terenu i majaczących w oddali pasm Gór Świętokrzyskich. Ale cóż... pozbawiona entuzjazmu mijam kolejne pola, lasy, chrakterystyczne domy z czerwonymi ceramicznymi dachówkami i budzące moje zdziwienie charakterystyczne słupy energetyczne ( takie "połamanymi" elementami poziomymi).

Okoń i opustoszałe uliczki - Pasym

Znalazłam nocleg więc tylko zaklepuje sobie pokój i ruszam dalej. Pasym. Już bardzo dawno nie widziałam tak sennego miasteczka. Ryneczek straszy pustkami. Samochodów na parkingach brak, miejscowi patrzą na mnie co najmniej nazwałabym to "dziwnie" gdy spaceruje sobie z aparatem. Jednak zaczyna mi burczeć w brzuchu. Nie wierzę! - jest otwarta jakaś mała smażalnia ryb w... (i tu was zdziwię albo i nie) sklepiku dla wędkarzy o wystroju rodem z lat 80. . Pani mówi, że już zamyka ale jeśli chcę to zdążę jeszcze coś zjeść. Odradza mi zamówienie innych ryb i zachwala świeże okonie. Niech będzie, wierzę jej na słowo i ulegam. Całkiem dobre, jednak może wystrój pomieszczenia i podanie na plastikowym talerzyku wytłuszczonej namiastki okonia pozostawia wiele do życzenia biorąc pod uwagę cenę takiego dania.
Idę dalej na orientację po miasteczku w kierunku strzelistej wieży jakiegoś ceglanego kościoła. Czytam kościół p.w. Najświętszego Serca Pana Jezusa. Ups... chyba nie wejdę do środka bo ludzie wchodzą na osiemnastową Mszę Świętą - w końcu to niedziela. Jednak odwracam się i moim oczom ukazuje się kolejna wieża kościelna. Ta jednak chyba należy do jakiegoś starszego zabytku.
Idę wąskimi, brukowanymi uliczkami a miejscowi z okien podejrzliwie mi się przyglądają. Gdy mijam innych na ulicy wstrzymują rozmowy i też się patrzą jakbym była ufoludkiem. Zaczynam czuć się nieswojo i moją głowę zaczynają bombardować myśli: "po pierwsze idź na rynek lub idź szybko do tego kościoła albo znajdź resztę znajomych byle stąd się wydostać". Nie zmieniając zbytnio tempa kroku by nie budzić podejrzeń idę choć już bez przystanków w stronę wieży. Co za ulga, dotarałam. Już wiem! To ten kościół o którym czytałam. To kościół ewangelicko - augsburski. Jego masywne mury robią wrażenie. Nie zamierzam pisać o nim ani o innych zabytkach. Poczytajcie jeśli chcecie na stronie Pasymia:
http://www.pasym.pl/index.php?page=298
lub polecam też zaznajomienie się z dość ciekawą jak na takie małe miasteczko historią: http://www.pasym.pl/index.php?page=245

Przy kościele plebania w domu gdzie niegdyś przebywał ponoć sam Napoleon. Aczkolwiek żadna mi to atrakcja poza czysto ciekawą informacją.


Jezioro Kalwa. Z jego brzegu ładnie prezentuje się bryła kościoła. Jakiś rybak na łódce zarzuca wędkę. I poza tym można posiedzieć na malutkim molo zakończonym altaną na wodzie gdzie zostaję chwilę bo zobaczyłam już to co chciałam a panorama miasta w promieniach zachodzącego słońca wygląda znacznie ładniej niż okoliczne zagracone podwórka.

Krasnale, Klenczon i długi spacer - Szczytno

Wracam do pokoju w Szczytnie ale dochodzę do wniosku, że jest wczesna godzina i nie będę zanudzać przed telewizorem. Jadę do centrum na spacer po mieście póki jeszcze jest widno na dworze. Po drodze do parku napotykam dom w którym mieszkał Klenczon. Przyznaję nie wiedziałam, że to jego rodzinna miejscowość. Zaskakują mnie również skrzaty "wyskakujące z chodnika". Takich figurek jest tu więcej. Pomysł jak z Wrocławia:)
Zwiedzanie parku łączę z obowiązkiem. Niestety przyszło mi biegać dookoła Małego Jeziora Domowego. Na szczęście dookoła linii brzegowej (1440m) jest położony ładny deptak.








czwartek, 24 czerwca 2010

Przystanek Świętokrzyskie cz.4

Wieś Pokrzywianka. Dla mnie to wciąż ostoją tradycyjnej świętokrzyskiej wsi. Nie mam na myśli oczywiście żadnego skansenu, chałup krytch strzechą itp., ale zachowany jest tu klimat lat minionych.

Piękne widoki na szachownicę pól i górujący nad okolicą Łysiec - uwieńczony na szczycie wieżą telewizyjną. Nie sposób nie rozpoznać tego symbolu świętokrzyskiego krajobrazu.


Na Górze Chełmowej (szczyt 351 m n.p.m.; rezerwat, który w 1920 stał się zaczątkiem Świętorzyskiego P.N.) zachwycają mnie pomnikowe okazy modrzewia polskiego (Larix polonica Racib). Niektóre rosnące tu modrzewie to ponad 300-letnie okazy. Wiek najstarszych dwóch okazów wynosi 336 lat, obwód nieco ponad 500 cm (dane dla 1992 roku). Z kolei wysokość najwyższych dochodzi 40 m.a zarazem irytują wszędobylskie mrówki. Nawet stanąć nie sposób by zrobić zdjęcie. Chyba, że komuś nie przeszkadza oblezienie tym ustrojstwem ;)
Pomnik (wystawiony w setną rocznicę śmierci) botanika, badacza modrzewia, profesora Mariana Raciborskiego. Tak, tak... dobrze myślicie. To on odkrył na tej górze stanowiska modrzewia i wyodrębił ten właśnie gatunek -modrzew polski (Larix polonica Racib).



Znak wskazuje, że do Nowej Słupi 1h. To jakiś żart? Godzinę to może zająć stuletniemu staruszkowi o lasce. I tu zaczyna się snucie coraz głupszych teorii: czemuż to napisali, że jeszcze godzina... Dochodzimy do wniosku, że na końcu szlaku stoi jakaś gigantyczna mrówka z którą trzeba stoczyć walkę rodem z gier typu Indiana Jones.


Po wyjściu z cienia lasu grzejemy się w słoneczku. Wyznaczamy sobie krótkie cele: dojść jeszcze do skrzyżowania, dojdź do tych krzaków, miń jeszcze tylko cztery słupy. Pomaga w walce z naszą niechęcią do dalszego przebierania nogami. Przynajmniej nie robimy postojów, czas goni a tu taaaakie widoki ;P

Nowa Słupia - więc nie sposób ominąć słynnej lodziarni gdzie podają lody z automatu. I to nie byle jakie lody, pyszności... A może jeszcze jakiś obiadek? Więc mając "ułańską fantazję" kupuje mleko i wcinam płatki czekoladowe z kubka w którym ledwo mieści mi się łyżka...

A wiecie co w tym wszystkim najfajniejsze? Koszt takiej eskapady nie przekroczył nawet 10zł!

25 maj
Lenistwo, od rana lenistwo...
Poranne słońce rzuca cienie na Górę Jeleniowską (szczyt 533 m n.p.m.; w Paśmie Jeleniowskim ) Popadam w zachwyt. O mamma mia! dajcie mi więcej chusteczek... (katar) Mam to gdzieś - biorę w końcu leki na grypę. A tak chciałam tego uniknąć... W sumie guzik pomaga, więc pocieszam się lodami. Na anginę można jeść zimne, nie zaszkodzą, podobno... Co poza tym? Nauczyłam się grać jako tako w karty. Same asy!

26 maj
Lepszej pogody nie mogłam sobie wymarzyć. Słońce, jednak nie za gorąco, chłodny wietrzyk. Auć! czuje tylko ból w plecach. Czyżby za ciężki plecak? Może... Co za różnica skoro dzisiaj go zostawiam i idę dalej tylko z aparatem i kurtką. Ot, taki wypad po okolicy. "Kraina Cypla" - jak zowią miejscowi. Dla mnie to najlepszy punkt widokowy na panoramę Pasma Jeleniowskiego, enklawa ciszy, spokoju i dziewiczej przyrody. Brak dróg, dzicz i zapomniane chaty, stodoły i zdziczałe do reszty sady. Dla niewtajemniczonych "Kraina Cypla" to wysoko położone "wcięcie" pól i łąk w masyw Świętego Krzyża. Niewidoczne z szosy wiodącej z Wólki Milanowskiej do Nowej Słupi. Mało kto tam też zagląda... A ja? Ja tam odpoczywam i wciąż wracam do "Cypla" gdzie niegdyś rzucałam się w snopki siana z łąk...

Przystanek Świętokrzyskie cz.3


W Grzegorzowicach zaglądam do grobu Sosnowskich. O dziwo trumny i truposzczaki trzymają się dobrze - gorzej już z podworskimi czworakami poniżej wzgórza
z kośćiółkiem pw. Jana Chrzciciela - murowany z kamienia , wzniesiony na wzgórzu. Wystawił go w XV wieku dziedzic Grzegorzowic- Grzegorz Nawój herbu Topór. Odnowoiony w 1851r. Najstarszą część budowli -prezbiterium - stanowi romańska rotunda.

Z roku na rok czworaki popadają w coraz większa ruinę.


Pozostałości czworaków:

Tu także popadające w ruinę: