wtorek, 22 grudnia 2009

Muzeum Papiernictwa


„Próżna ufność w marmurze,

próżna i w żelezie,

to trwa do skonu świata,

co na papier wlezie”.

Wacław Potocki


Najznamienitsze w Polsce Muzeum Papiernictwa w Dusznikach Zdroju mieści się w XVII wiecznym młynie papierniczym, unikatowym zabytku techniki. Położone jest nad rzeką Bystrzycą Dusznicką.

Elementami charakterystycznymi dla papierni są dach kryty gontem, zakończony od zachodu barokowym szczytem wolutowym oraz oryginalny pawilon wejściowy w kształcie wieży, a we wnętrzach budynku można podziwiać polichromię z XVII-XIX stulecia. Owa polichromia jest nadzwyczaj barwna i wprawiła mnie w niemały zachwyt ;-) Obiekt posiada dużą wartość historyczną w skali regionu i jest jednocześnie ciekawą atrakcją turystyczną.
Obecnie placówka ta jest jedyną prowadzoną w sposób profesjonalny placówką muzealną w Polsce, zajmującą się szeroko pojętą tematyką papiernictwa. Gromadzi, opracowuje i udostępnia zbiory z zakresu dziejów papiernictwa, drukarstwa, historii Dusznik Zdroju. Żywo interesuje się również sztuką papieru, współpracując z artystami tworzącymi dzieła sztuki z papieru.

Jednak myślę najciekawszym punktem zwiedzania jest możliwość uczestniczenia w lekcjach i warsztatach muzealnych. Nie mogąc przegapić takiej okazji spróbowałam własnoręcznie czerpać papier... Naprawdę dość ciekawe doświadczenie. Choć moja wiedza na ten temat nie była zbyt imponująca to nie było to problemem, bowiem pomocną ręką i ogromną wiedzą służą pracownicy muzeum. Jedynym faktem jakim różni się technika, którą pozyskiwałam papier od tej z zamierzchłych czasów jest stosowanie klejów polimerowo-żywicznych, dziś arkuszy nie trzeba już kąpać w roztworze kleju z kości . Jeśli odwiedzimy muzeum w okresie letnim możemy wówczas pokusić się o wytworzenie kartki papieru z własnoręcznie ułożonym motywem kwiatowym z uprzednio wysuszonych kwiatów/płatków/listków. Ja jednak pozostałam przy dodaniu do masy papierowej drobinek pokruszonych płatków i zabarwieniu jej na kolor intensywnej żółci. Zaś na pozostałych kartkach przetestowałam tworzenie znaku wodnego. Udał się, jest widoczny pod światło ;-D Po odciśnięciu masy papierowej w kilku ramkach, zostaje cierpliwie poczekać aż gotowe arkusze papieru wyschną. Oczywiście swoje "dzieła" można zabrać sobie na pamiątkę.

Czekając aż papier wyschnie można wrócić do oglądania interesującej wystawy i dalszego zwiedzania. Poprzez oglądanie wystawy stałej możemy w sposób empiryczny poznać
urządzenia do produkcji papieru czerpanego (formy czerpalne, prasy do odciskania wody). Dla mnie najciekawszymi eksponatami w zbiorach są arkusze papierów z filigranami z polskich, śląskich i pomorskich czerpalni (XVI-XXI wiek) oraz urządzenia wykorzystywane w drukarstwie i introligatorstwie (pocz. XX w.).

Z historii muzeum...
W XVII w. papiernia była zaliczana do najwyżej cenionych na Śląsku. Posiadała też monopol na dostarczanie papieru do wrocławskich urzędów.
Po zakończeniu II wojny światowej Duszniki Zdrój znalazły się na terenie Polski. Pełnomocnik Rządu Polskiego w celu zabezpieczenia papierni przekazał ją najbliższej fabryce papieru w Młynowie k/Kłodzka. Jednak po śmierci dyrektora fabryki budynek opustoszał zostawiony bez opieki i zaczął niszczeć. Do tego stopnia, iż rozkradziono wszystkie urządzenia a dach zaczął się zapadać. Dopiero w 1953 roku władze miasta Duszniki Zdrój zwróciły uwagę na duży, niszczejący obiekt papierni. Kilka lat trwało pozyskanie sprzymierzeńców dla idei zachowania i odnowienia młyna papierniczego jako zabytku techniki. Ścierały się też różne koncepcje: od przekazania obiektu na magazyn owoców po wyburzenie.Na szczęście obiekt zyskał duże zainteresowanie i kilka lat później Wojewódzki Konserwator Zabytków otrzymał fundusze na remont zabezpieczający. Informacja o pracach nad utworzeniem muzeum papiernictwa w prasie i radiu spowodowała napływ licznych eksponatów od fabryk, instytucji i osób prywatnych. Takie były, więc początki działalności muzealnej. Jednak byt obiektu borykał się w kartach historii także z innymi problemami. 23 lipca 1998 roku Muzeum Papiernictwa poniosło ogromne straty w czasie kilkugodzinnej powodzi. Dzięki dużemu zaangażowaniu przyjaciół muzeum (osób prywatnych jak i firm z branży papiernictwa, organizacji) oraz pomocy finansowej rządu polskiego w dniu dzisiejszym praktycznie nie widać skutków powodzi.
Co ciekawe...
Niezwykłego odkrycia dokonała przypadkowo ekipa budowlana podczas przebudowy zabytkowej papierni w Dusznikach-Zdroju. Pod klatką schodową i pod podłogą strychu robotnicy natrafili na dużą liczbę kości. "Ponieważ odkrycia dokonano w placówce naukowej – Muzeum Papiernictwa – kości szybko znalazły się pod okiem badaczy. Okazało się, że nie są to szczątki ludzkie, lecz zwierzęce. Udało się również szybko ustalić, że skupisko kości nie jest pozostałością po lokalnym cmentarzysku zwierząt domowych, lecz dowodem na to, jaką technologię produkcji papieru stosowano przed wiekami. Jest to pierwsze tego rodzaju odkrycie w Polsce."

Muzeum Papiernictwa warto odwiedzić w ostatni weekend lipca gdyż od 2001 r. muzeum organizuje Święto Papieru – imprezę o charakterze festynu, popularyzującą wiedzę o historii i znaczeniu papieru, druku, introligatorstwa i sztuki współczesnej.

Zdjęć samego budynku muzealnego nie dodaję jednak pozwolę sobie odesłać zainteresowanych do chociaż wirtualnego zwiedzenia muzeum dzięki panoramicznym fotografią (360 stopni). Oto adres: http://panoramica.nazwa.pl/muzeumpapiernictwa/


niedziela, 20 grudnia 2009

Dotykając głową chmur...








Góry zimową porą... I czy są to Tatry czy też każde inne, odziane śniegiem i skute lodem budzą większy respekt niż w każdej innej porze roku. W zimie nie są dostępne dla każdego. Uczą pokory i szacunku bardziej niż zazwyczaj. Trasa prosta w okresie letnim, może stać się śmiertelną pułapką, miejscem walki o życie... Takie warunki wymagają wiedzy ale i ta nie wiele pomoże bez zdobytego doświadczenia. Zostałam wychowana w przekonaniu: "Kto w górach nie ma ten cierpi." Tak w pełni się z tym zgadzam. Rozchodzi się tu o brak odpowiedniego sprzętu, woli walki i pokonywania własnych słabości, bólu zimna... ale także braku wiedzy i umiejętności logicznego myślenia. Jednak wszelkie utrudnienia i niebezpieczeństwa zimą w górach nie oznaczają, że należy ich wtedy nie zdobywać. Wynagrodzeniem staję się satysfakcja i widoki, których nie sposób opisać słowami...

''Zamrożone w swoim biegu,
Stoją nagie Tatry w śniegu,
By graniczny słup zuchwale!
Biodra Tatrów las osłania,
Ponad nimi stoi chmura,
A po halach wiatr przegania
Uronione orle pióra. ''
Wincenty Pol

Tak też w ubiegły weekend zawitałam ponownie w Tatrach. Choć do kalendarzowej zimy zostało jeszcze kilkanaście dni to w górach zima zawitała już chyba na dobre. Jakże miła odmiana wyrwać się z szarego miasta w ośnieżone Zakopane;)
Wstaje wcześnie rano, jeszcze przed zjedzeniem sytego śniadanka sprawdzam warunki pogodowe, komunikaty TOPRu i telefonicznie dowiaduję się, że kolej na Kasprowy dzisiaj jest czynna. Szkoda tracić krótkiego dnia, więc łapię się na pierwszy wjazd o 9.00 na Kasprowy Wierch. Jestem miło zdziwiona: nie było kolejki w kasie z biletami:) Czyżby wiele osób odstraszyło niebo zaniesione białymi chmurami i 16cm nowego śniegu? Kupuje bilet w jedną stronę, jeśli warunki turystyczne okażą się nidogodne zawsze mogę przecież dokupić na górze powrotny, choć liczę, że nie będę musiała tego robić i zrealizuje zaplanowaną trasę zejścia pieszo do Kuźnic.
Wsiadam do wagonika kolejki, szyby oszroniałe. Nie wierze własnym uszom:) W radiu leci piosenka "Last Christmas", a warunki i sytuacja indetyczna jak w teledysku. Co za miły zbieg okoliczności... Potem jedziemy przez dwie kolejne piosenki, na końcowym odcinku wjazdu w wagonie wszybucha wśród obecnych jednogłośne, spontaniczne: "łaaaaał..." Tak, tak... to reakcja na wyłonienie się z warstwy chumr i widok oświetlonych promieniami wschodzącego słońca grani Kasprowego Wierchu na tle intensywnego błękitu nieba.
Wychodzę ze stacji kolejki i wręcz zabiera mi mowę. Właśnie spełniło się jedno z moich turystycznych marzeń. Zobaczyłam zjawisko na które polowałam już od bardzo dawna. Mianowcie stoję podnad warstwą chmur, panuje inwersja. Lepszej pogody wymarzyć nie mogłam, słońce świeci, inwersja i pokryte śniegiem szczyty na tle nieskazitelnie błękitnego nieba.
Nie mogę nacieszyć oczu...
Następnie po zrobieniu kilku zdjęć na Beskidzie (2012m n.p.m.), dzielimy się w grupie i jedni zjeżdżają spowrotem kolejką w dół a reszta (w tym ja) wybieramy zejście pieszo. Mijamy Liliowe i dochodzimy do Skrajnej Przełęczy. Po drodze obserwujemy "wodospad" wytworzony z chmur przelewających się przez szczyty do doliny. Zmieniam obiektyw na ten z dłuższą ogniskową i próbuje uchwycić dosłownie sam wierzchołek oddalonego Giewontu. Jednak nadszedł moment zastanowienia się gdzie idziemy dalej. Planowaliśmy zejść na Czerwone Stawki czarnym szlakiem ze Świnickiej Przełęczy a następnie przez Karb nad Czarny Staw Gąsiennicowy. Jednak dochodzimy do wniosku, że nie czujemy się tego dnia na tyle przygotowani i wybieramy łatwiejszy wariant. Wracamy na Liliowe i schodzimy zielonym szlakiem.
Musimy trochę uważać bo jest sporo przewianego śniegu więc i łatwo się obsuwa i zapada pod nogami. Drogę przecinają nam dwie osoby na deskach. Jedyne osoby poza nami w Kotle:) Jeden z nich właśnie zaliczył kilka obrotów i upadek parę metrów niżej, widać iż zwątpili w dalszy sens jazdy i wracają się pieszo na Kasprowy. Idąc dalej wchodzimy w warstwę chmur, mgła ogranicza widoczność do kilku metrów. Jedak nie trwa to długo. Kilka metrów niżej mgłę zostawiamy nad naszymi głowami jesteśmy zamknięci w jakby w klarownej "próżni". Poniżej widocznego w dole Murowańca też morze mgieł:) Widoki są iście jak z innej planety. Nad stawkami panuje wielki granat wyżej przez białą mgłę prześwitują zarysy szczytów i biała jasna plamka - słońce. Trasę pokonujemy szybciej niż zakładaliśmy więc spontanicznie idziemy jeszcze nad Czarny Staw Gąsiennicowy. Po drodze mały incydent. Wpadłam mi jedna noga w szczelinę na skutek zapadnięcia się śniegu. Druga noga została na szlaku... Wyglądało groźnie ale nic się stało noga nie ucierpiała ani trochę. Z tej sytuacji wniosek: nawet dobrze wydreptane, płaskie ścieżki mogą być zdradliwe.
Nad stawem zachwycam się teatrem barw w kotle doliny. Od nasyconego złowrogiego granatu, szarość po złote granie. W otulonej wspomnianym granatem ścianie gdzieś w okolicach przełęczy Karb dostrzegam dwa małe punkciki. Taternicy wspinają się po zlodzonej ścianie... Ach... jak ja im zazdroszczę takiej wspinaczki... Ja muszę się zadowolić tylko widokiem i ciepłą herbatą z termosa przy pogawędce z grupą wybierającą się na Zawrat. Właśnie rozpoczęli dyskusję na temat stanu zamarznięcia stawu. Zjadam kanapkę i schodzimy do schroniska.
W Murowańcu cieplutko - jak miło;) Zamawiam żurek, w końcu już pora obiadowa. Korzystając, że dość długo na niego czekam wyjmuje swój oblodziały aparat i próbuje go jakoś "wyreanimować". Nie jestem sama, jakaś dziewczyna siedząca stolik obok widzę boryka się z tym samym problemem. Chyba tym razem mi się udało, aparatowi nic nie będzie. A teraz deser... oczywiście czekolada.
Nie chce się opuszczać ciepłej sali schroniska ale komu w drogę temu czas. Widoki na Mały Kościelec i okolice ustepują zaraz białej mgle. I tak już poprzez takie "białe mleko" schodzimy do Kuźnic przez Skupniów Upłaz...
Wycieczka choć nie w pełni taka jak planowana, mogę stwierdzić, że jak najbardziej udana.

Zawrat











Na początek: Zawrat – wąska przełęcz położona w bocznej grani Tatr na wysokości 2159 m n. p. m. oddzielająca Zawratową Turnię od Małego Koziego Wierchu, jeden z dwóch skrajnych punktów szlak Orlej Perci.

Droga na Zawrat z doliny Pięciu Stawów Polskich nie jest niebieskim szlakiem nie jest trudna. Momentami idzie się wręcz płaską ścieżką bokiem tylnego odcinka doliny, wchodząc ma się po lewej stronie ładnie eksponowany widok na Zadni Staw Polski. Gdzieś w okolicach Kołowej Czuby zrywa się silny, zimny wiatr. Zimno przeszywa na wskroś, nawet kurtka zdaje się nie spełniać swojej funkcji. Ale czym jest zimno... Cieszę, że nie zaczęło padać. Zawsze może być gorzej. W tym momencie nachodzą mnie myśli o zagrzaniu się już w ciepłym Murowańcu;) Chwila postoju by oswoić się z wiatrem. Dogania nas grupka turystów idąca dotychczas za nami. Zamieniamy kilka słów, wymieniamy się własnymi planami dalszej trasy. Co ciekawe wyszli bez mapy...:) Użyczamy im na chwilę mojej sprawdzonej mapki, szybko orientują teren z mapą a następnie każdy z nas rusza dalej w inna stronę. Niesamowite szlak świeci pustkami. Dopiero w końcowym odcinku wymieniamy "Cześć!" z kilkoma osobami schodzącymi dla odmiany w Dolinę.
Jesteśmy! Zawrat... Nawet wiatr ucichł. Korzystając z tej sposobności napawam się widokiem na oddalone
Mięguszowieckie, Szpiglasową Przełęcz, Rysy otulone kłębami chmur. W oddali majaczą szczyty słowackich Tatr Wysokich i o dziwo powstała luka w chmurach odsłaniająca osłoneczniony Spisz. Ale widoki widokami czas goni, zakładam skórzane rękawiczki i schodzimy dalej niebieskim szlakiem, w tym samym momencie wyrusza wraz z nami jeszcze kilka osób. Jesteśmu jedyni na tym szlaku. Zaczynają się łańcuchy, co za tym idzie, szlak staje się ciekawszy. Nagle płaska, pionowa płyta skalna o powierzchni około dwukrotnie większej niż ja z lekko ukośnie powieszonym łańcuchem. Zastanawiam się jak ją pokonać. Jednak spoglądając w ponurą przepaść Zawratowego Żlebu, dochodzę do wniosku, że lepiej nie ryzykować zsunięciem. Biorę pod uwagę gabaryty mojego plecaka i brak asekuracji. Płytę po chwili rozeznania terenu da się bezpieczniej obejść. Wszyscy na szlaku mimo, że się nie znamy świetnie wpółpracują, każdy sobie pomaga, nikt się nie "wymądrza", aż miło słuchać pomocnych rad i spostrzeżeń ułatwiających wspólne przejście. Dalej kolejne sztuczne ułatwienia, potem skalne schodki, wystarczy madrze stawiać kroki i uważać. Dzięki małej ilości osób każdy może utrzymywać własne tempo schodzenia. Nagle słyszymy dźwięk helikoptera. Każdy kto chodzi po górach wie, że nie jest to dźwięk poztywnie wpływający na osłabioną trudną trasą psychikę. Helikopter krąży gdzieś w okolicach Koziego Wierchu. W takich momentach myśli się: "To mogłam być ja lub ktoś z moich bliskich..." Jednak humor poprawiają pojawiające się przebłyski słońca, ślizgające się po okolicznych graniach i widok Zmarzłego Stawu w dole. Nazwany tak, iż podobno w zimie zamarza aż do dna. Jakże celnie pisała o nim Maria Mostin-Górska:

Czarownice o zielonych włosach
tańczą taniec więzionej rozpaczy
po tafli stawu lodowatej -
mgła się po głazach toczy,
mgła się zwiesza, skały patrzą z ukosa...
Czarownice o zielonych włosach
zapomniały, że są modre niebiosa...
że są pocałunki i kwiaty...

O nie daj się wciągnąć w topiel,
nie patrz w tę wielką czarną kroplę,
co spadła z mrocznych oczu szatana
i na której cień jego się chwieje...
Nie patrz - zapomnisz, że ja istnieję...

Będąc już u jego brzegów przechodzę przez malutki lodowiec i za pareset metrów moim oczom ukazuje się cudowny widok na Czarny Staw Gąsiennicowy.
Gdy słońce nie było już bardzo wysoko dotarłam do Murowańca, skąd następnie przez Skupniów Upłaz (Na tym odcinku chmury odsłoniły kolory nieba i mogłam podziwiać jeden z piękniejszych zachodów słońca, mieniące się odcieniami miodu Podtatrze i odleglejsze pasma Beskidów, potężny Giewont a nawet Kasprowy. Za plecami zaś zostawiłam oświetlone granie Orlej Perci...) do Kuźnic. Wchodząc w granice lasu trzeba pożegnać się z rozległą panoramą. Jak na osobę bardzo nie lubiącą chodzić w zalesionym terenie, tego dnia zaczął mnie irytować każdy wystający kamień:P Choć w sumie nie powinnam w duchu ich przeklinać bo nie te kamienie przyszły do mnie a ja do nich:)
Podsumowując polecam wszystkim tą trasę (Poczynając od Doliny Roztoki przez Dolinę Pięciu Stawów Polskich, przecinając Zawrat i schodząc do Doliny Gąsiennicowej) którzy lubią ciekawe widokowo, trochę dłuższe, urozmaicone pod względem pokonywanego terenu trasy wraz z trudniejszymi momentami jak chociażby zejście z Zawratu.